mama-mia blog

    Twój nowy blog

    …działają blogi. Już mi się nie podoba. Za cicho. Zbyt wiele niewiadomych. Wciąż samotniczo. Choć nie do końca. Cieszę się, że zaglądając tu po dłuższym czasie, odzyskałam kontakt z Kamilą i z Anią. Buziaki dla Was, dziewczyny. Się widzimy, co nie?

    Poza tym jednak, wydaje się, moc blogów z zakresu „pitu, pitu o mnie i moich sprawach” przeminęła. Tych nietematycznych. Albo nieściśle. Przeminęła nie w kwestii wartości wspominków, albo spostrzeżeń – te nadal podziwiam czytając. Własne postaram się tutaj od czasu do czasu utrwalać. W złudnej nadziei, że kiedykolwiek to, sama dla siebie, wydrukuję. Domową drukarką, dla potomności, której to zwiśnie. Też tak macie, pisząc ;)?

    Moc przeminęła, w moim odczuciu, przede wszystkim z racji wygodniejszych narzędzi stosowanych przez – - no niestety – - fejsa. Tam teraz – stosując klucz instant, rzecz jasna, umieszczam zachwyty i znaleziska. Rzadziej uwagi krytyczne, bo wiadomo – szkoda na to wszelkiego prądu. Ale i to niekiedy, włócząc się po znajomych. Jak kiedyś, gdy jeszcze nie było osiedli zamkniętych i portiera na bramce. Wpadam, gadam. Niezobowiązująco. A mimo to, mając poczucie obecności niektórych osób. Odrywając się na chwileczkę od pracy, pasji, garów, marzeń, którymi nie dzielę się z nikim, czyli od własnego sosu, w którym niedobrze zbyt długo przesiadywać.
     
    I tak to.  

    Jutro sprawdzian z geometrii, a w poniedziałek z algebry. Piątego marca konkurs recytatorski, ósmego konkurs piosenki, a dziesiątego przegląd „Tańce różnych epok” (instrumenty dęte). ”Tajemniczy ogród” wypożyczyć. Oddać już przeczytane książki. Zawieźć Olika na nagrania. Kupić prezenty dla siostrzeniczek. Wykryć i wyeliminować smroda w lodówce. Wymienić kran w kuchni. Grzywkę podciąć. Znaleźć i kupić niedrogie, fajne buty dla siebie i męża, w dalszej kolejności dla dzieci. Choinkę przesadzić z donicy do lasu.

    A poza tym napisać wreszcie książkę i ją poskładać. Zrobić błyskawiczną karierę. Jakimś sposobem trafić do Serbii na Đurđevdan. Zapaść się z kimś w inspirującą rozmowę. Wytańczyć z siebie chlapę i dosztukować skrzydła. Naprawdę mam co robić, a słońce dodaje mi sił. Tak trochę.

    Gdyby to kogoś interesowało, obrotna bezrobotna dorzuciła notatkę. Patrz linki po lewej u dołu. Tym razem bez fachowych określeń z dziedziny bezprawia i absurnistracji.

    Sierść niesie Kalinę do jej łóżka. Tak sobie niesie, chce być miły. Na plecach. Ale dziewczę wierzga, zarzuca głową i śpiewa na cały korytarz:
    „AAADEHADE!!! AAADEEHADE!!! CIAGLE MĘCZY MNIE!!!”

    Dobra, idę dalej z odsieczą, bo jeszcze nie śpią i, zdaje się, walczą o magnetofon. Tak jakby na noże. No, zobaczymy, kto tu ma ADHD. 

    Gilda

    Brak komentarzy

    Noir z 1946 roku, dzieło reżysera Charlesa Vidora (faktycznie Károly Vidor z Budapesztu, czterokrotnie żonaty) i sztabu scenarzystów. W rolach głównych Glenn Ford i Rita Hayworth, dla której pokusiliśmy się o tę przyjemnostkę. Bo dotąd znaliśmy ją tylko ze zdjęć.

    Stare filmy, wiadomo, ogląda się inaczej. Jakoś łaskawiej – choćby dla scenografii, którą podówczas często wystarczyło tylko odkurzyć, a nie z mozołem składać z muzealnych eksponatów. Od tej strony to oczywiście kolejna perełka. To samo można powiedzieć o dialogach. Te wnętrza, te toalety, ten styl uwodzenia, ta kindersztuba! Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście obowiązywała wówczas nawet w światku szemranych interesów. Ale miło pomyśleć, że tak. Zaginiona Atlantyda obyczaju i namiętności, ech!

    Ale przejdźmy do narzekania. O co właściwie chodziło z tą Ritą? Dobra, może jak nikt potrafiła powiedzieć (po stokroć…) „Oh, Johnny…” i zapamiętać wszystkie te zręczne riposty, którymi razem ze spojrzeniami spod rzęs zachwyca jako filmowa kobieta fatalna. Ale poza tym? Pomimo całej mojej fascynacji kobietami tamtych lat jakoś zupełnie mnie nie porywa.

    Pominę już totalnie średni tyłek, bo to się nie godzi, zresztą podówczas ikony piękna swobodnie operowały takimi gabarytami. To nawet  musiało być fantastycznie wygodne, zatem pomimo zdumienia przełykam kolejną kroplę tęsknoty za zaginioną Atlantydą. Chodzi o to, że Rita wydaje się nieprawdziwa. Zrobiona. W roli, w którą nie może się wczuć. Piosenek, wbrew temu co nam się wydawało, też nie śpiewa. Na Filmwebie piszą, że tylko porusza ustami pod Anitę Ellis. No nie porywa!

    Marudzenie na temat scenariusza już sobie daruję. Że bez sensu, że naciągane. To również specyfika czasów – miało się dziać i tyle, weźmy chociażby nasze „Piętro wyżej” albo „Lekarstwo na miłość”. Może wówczas wszystko się działo inaczej. Czas płynął wolniej i można go było zapełnić choćby najbardziej fikuśnymi zwrotami akcji. Zażyłabym trochę tego specjału.

    A tej piosenki muszę się koniecznie nauczyć, żebym miała co podśpiewywać, ścierając kurze. I po prostu muszę mieć takie rękawiczki, zamiast tych żółtych! Dobra, śpiewamy?


    Właściwie „Die Sirene”, nowela z 1980 roku. Romans bez patrzenia w oczy. Bliskość bez zbędnych szczegółów i rekwizytów. Więź nienamacalna, krucha i delikatna, a zarazem wszechobecna jak płatki śniegu, który z czasem wszystko przykrywa i zmienia.

    Polecam dla tematu i dla nastroju, dla niezwykłej kreacji tak starożytnego stworzenia, jakim jest syrena-kusicielka. I po to, by poznać Dietera Wellershoffa, urodzonego w 1925 roku autora, który na razie nie doczekał się złotej karty w naszej Wikipedii. A chyba warto go bliżej poznać.


    Wieczorek po sąsiedzku, około dziesiątej. Dzwonię do mamy, z telefonu Sierścia.
    – Mamuś, nie dzwoń do mnie teraz, jakby co, ok? Bo wpadliśmy na trochę na górę i na prośbę Asi zostawiłam telefon pod jej poduszką.
     
    Jakieś dźwięki w tle.
    – O, nie miałam zamiaru! Jesteśmy w Trokadero i tańczymy argentino.

    Grunt, że najmłodsi nie urwali się na dyskę pod naszą nieobecność!

    Postanowiłam zostać milionerką. Albo chociaż zarobić na waciki do demakijażu. O krętych ścieżkach, na które właśnie wkraczam, spróbuję pisać na bieżąco na stronie „Obrotna bezrobotna”, którą dodałam do linków po lewej. Zapraszam do czytania i komentowania.

    Kolejny zakątek mroku pod auspicjami Darrena Aronovsky’ego, twórcy „Pi” i „Requiem dla snu”. Z 2011 roku, w którym Natalie Portman dobiła trzydziestki i oczywiście nie wygląda. Jako filmowa Nina prowadzi nas ciemnymi korytarzami podupadającego baletu i chorobliwej ambicji. Zresztą nie ma powodów streszczać historii wstrząsającego procesu inicjacji, który przechodzi. Czepię się lepiej szczegółów, bo są naprawdę interesujące. Notuję spontanicznie, bez planu.
       
    Przede wszystkim „Jezioro łabędzie”, wokół którego kręci się cały dramat. W oryginale królowa łabędzi ginie wraz z księciem, bo tylko tak kochankowie mogą być razem na wieczność. Nie miałam o tym pojęcia. Rozpoznałabym poszczególne frazy z „Jeziora…”, widziałam pewnie jakieś filmiki, ale nic więcej. Mamy zatem porządny walor produkcji Aronovsky’ego: wzbudza zainteresowanie światem klasycznego baletu.

    I ukazuje go od prawdziwej zapewne strony: jako ciężką pracę w atmosferze przeżartej przez nieustanną konkurencję; samotność w zespole, który tak ślicznie współpracuje na scenie. Wszystkie te różowości i tiule przesiąknięte potem i łzami, krwią nawet – tej chyba zresztą aż nadto. Świadomość fali, która albo poniesie, albo utopi. Albo jedno i drugie.

    Obsada? Naprawdę na medal. Metamorfoza filmowej Niny zdaje się bezpośrednio dotyczyć również i Portman, która – przynajmniej w moim odczuciu – dotychczas była słodziarą. Słoneczkiem na niebie. Białym łabądkiem. W boleściach rozrywa kajdanki obleczone różowym futerkiem. I rosną jej skrzydła pozwalające zdetronizować zarazem dotychczasową Natalie, jak i Beth. Nie wspominając już o Winonie. Okropna matka (Barbara Herzstein) aż się prosi, żeby ją zakneblować; starszawy maestro (Vincent Cassel) jest sexy pomimo całej swej oślizgłości; a Lily (Mila Kunis) to dziki kociak, któremu chciałoby się powierzyć inicjatywę.

    Zdjęcia (Matthew Libatique’a)? Świetne, operator kamery zdaje się skradać na palcach przez nieswój duszny sen. Grają kontrasty kolorystyczne, zwielokrotniają się światła odbite przez szyby i lustra. Dzięki zbliżeniom niemal czujemy pod palcami gładką satynę i szorstkie podeszwy baletek, odruchowo drapiemy się po łopatkach. Bardziej tańczymy niż podziwiamy taniec z widowni.

    Muzyka (Clinta Mansella)? No nie wiem. Z ciekawostek Filmwebu (a jakże) wiem, że to wariacje na temat dzieła Czajkowskiego, poszczególne wątki nagrane od tyłu i dodatkowo zniekształcone. Nie zachłysnęłam się jakoś. Ani nie spadłam z fotela przy tych wszystkich sążnistych „dum!!!” i „łiiii…” niepotrzebnie upodabniających film do taniego horroru. Skrzypce na próbach wspaniałe, ale to chyba nieskażony oryginał z 1877 r.

    Jeszcze w kwestii inicjacji i ambicji: warto zauważyć, że cenna, choć destrukcyjna, przemiana zaczyna się zanim dziewczynka może mieć nadzieję na życiową rolę – stygmaty na plecach ma od początku, zanim jeszcze przyplącze się jej marzenie o reflektorach, ramionach księcia-dyrektora i wypełnieniu niespełnionego snu matki. Jeżeli cierpi na mroczną obsesję, to już od dawna – całe to natręctwo drapania się, o którym wspomina matka, wspominając przedekranowe dzieje. Może skrzydła Niny zawsze rosły, może rola łabędzia zawsze miała być tą życiową. Czyżby w ten sposób twórcy filmu dawali do zrozumienia, że jego tematem jest przede wszystkim psychoza, której nie sposób wykurować kremikiem i przykryć bolerkiem?

    Jeszcze szczegóły scenografii, co do których nie mam pewności, czy mi się podobają, czy nie. Obejrzałam dwa razy, żeby je dojrzeć. I były. Chyba jednak w nadmiarze. Na nocnej szafce Niny-baleriny stoi pluszowy czarny łabędź. To samo zwierzątko widnieje na łazienkowym kafelku, tuż nad wanną. Nina-balerina nosi biało-łabędzi szaliczek do różowego płaszcza, daje się ponieść po włożeniu czarnej koszulki Lily. Poduszka dziewczyny jest czarno-biała, tak samo jak wszystkie przedmioty otaczające wszechmocnego Thomasa. Och, bawmy się dalej w tajemnicze symbole do rozgryzienia!

    Na koniec sakramentalne „ale o co chodzi?”, które nie daje mi spokoju. O czym właściwie jest ten film? Jeśli nie traktujemy go jako paradokument przestrzegający przed posyłaniem córek do szkoły baletowej? O chorobie? Jeżeli tak, to jakiej? O inicjacji, jak w „Sekretarce” (rozbicie pozytywki to niemal dosłowny cytat)? O zawodowej ambicji, o którą na szczęście trudno na taką skalę? O zawiłościach na linii matka i córka? O łabędziach?!

    Przyznam, że mam z tym kłopot. Nie bardzo mogę to wszystko poczuć. Mam więc za sobą dobry film, który w żaden sposób nie odnosi się do spraw, które znam. Bo może ja bardziej taka Lily jestem. Poza tym, nie lubię łabędzi.

    Dostałam od Mamy, wraz z życzeniami walentynkowymi.
     

    Dobrze radzi! Dajmy żyć chłopom, dziewczyny. To tylko czternasty lutego, niespecjalna pora na fajerwerki. Zrobię może jakieś tortille, włączę film. I tyle. Nawet nie pisnę: „No fajnie, a gdzie laurka i serce z piernika?”. Wolę spontaniczny spacer przez nocny park albo kiedy mi włazi do wanny. I wolę Noc Świętojańską.


    • RSS