|
|
C'est la vie!
Krzysiowy temat, lubi to śpiewać. A ja w końcu obejrzałam filmik z przystojnym wąsalem. C'est la vie - cały twój Paryż z pocztówek i mgły B F B F C'est la vie - wymyślony... B F B C C'est la vie - ciebie obchodzi przejmujesz się tym B F B F C'est la vie - podmiejski pociąg rozwozi twe dni B F B F C'est la vie - wciąż spóźniony... B F B C C'est la vie - cały twój Paryż dwie drogi na krzyż B F B F Knajpa, kościół, widok z mostu B F B F knajpa, kościół i ten bruk - ideał nie tknął go... B F B C F Knajpa, kościół, widok z mostu B F B F knajpa, kościół i ten bruk - tak realny... B F B C Zostaniesz tu - ile można tak żyć na palcach Cis Gis Cis Gis zostaniesz tu - po złudzenia Cis Gis Dis zostaniesz tu - w Kaskadzie nocą też grają walca H Fis H Fis już na rogu kumple jak grzech H Fis odwrotu już nie ma... H Fis wypijesz to wszystko do dna, także dziś H Fis H
C'est la vie - wymyślony... H Fis Cis C'est la vie - cały twój Paryż dwie drogi na krzyż H Fis H Fis Knajpa, kościół, widok z mostu H Fis H Fis
knajpa, kościół i ten bruk - ideał nie tknął go... H Fis H Cis Fis mama-mia 2012-01-29 09:12:21 skomentuj (0) akta, bicz boży
W sprawach które niepokoją: mogę wróżyć, hyhy. Bo nie od dzisiaj mruczałam Sierściowi, kiedy mówiliśmy o internecie: „Fajnie szaleć na nowym Dzikim Zachodzie, bez konieczności walki lub negocjacji z kimkolwiek. O nową ziemię. Jest dzika i wszystko tu wolno. Szkoda, że to przeminie, prawda?”. mama-mia 2012-01-29 00:06:17 skomentuj (0) zielona noc
Zielona noc, haha. Była wczoraj i jako ta rozrywkowa miała mienić się tęczą. Że niby nas dwoje, a nie od razu pięcioro, ostatni raz na długo. W tak intrygująco okrojonym składzie. Tango. W cudownie odremontowanym i wysprzątanym domu. Po nas choćby nowa moda na boazerie! Miało być hej ho, fiku miku. A wyszło o szlag, dupa jasiu.
Realizując „babskie głupoty”, czyli sprzątanie po bitwie i zasiedlanie nowego lądu (którym, trzeba zaznaczyć, jest niezmierzona terytorialnie zreformowana garderoba), dobrnęłam tak do połowy małego pokoju Olika. Bo zasiedlanie garderoby wymaga wysiedlania przeludnionych przedmieść, które już dawno o to błagały. Piknęła mi druga rano, a po kąpieli, kiedy w radosnych podskokach pobiegłam do męża, było o włos od jego budzika.
Dziś pełne katharsis, którym zawsze jest wielkie sprzątanie. Czarowne telefony dzieci, które widocznie zrozumiały i wybaczyły. I szybkie decyzje: ty wylatujesz, ty awansujesz do dużego pokoju. Gdyby chodziło o rzeczy, byłabym, w momentach takich jak ten, idealną szefową. Bo nawet zwolnionych posortowałam tak, aby panowie węszący pod blokiem od razu wiedzieli z czym mają do czynienia. I zaproponowali tym rzeczom nowy los. mama-mia 2012-01-28 23:29:30 skomentuj (0) takie tam fotostory Bez ładu i składu. Przy playliście Dorsów i o krok od kąpieli. Oraz kolejnego "rzucam palenie". To jest Kicia, kot Królika. Choć tak naprawdę kotka-naukowiec i w zasadzie nie wiadomo, czy w ogóle kot. Może ktoś, kto, w poprzednim wcieleniu dopuścił się niegodziwych eksperymentów i teraz nadrabia. Przy kucharzeniu, kiedy chce wiedzieć, co tam dorzucam do gara. Kiedy czytam, chrupiąc słonecznik prażony, kotka-naukowiec leży na moim brzuchu i wyjada z miseczki ziarna w łupinach (chyba, że jej oskubię zierenko). Przy remoncie także nie może zabraknąć Kici. Reszta stada ucieka, gdy wiercą i hałasują okropnie, ale nie Kicia. Stado niepokoi się, kiedy wymachują wałkami i poprawiają pędzlem. Ale nie Kicia. Kicia musi być w centrum wydarzeń i wszystko kontrolować. Pani dyrektor. ![]() Doszło do tego, że nasz Pan Majster, który ogólnie nie lubi kotów, doszedł do wniosku, że taką Kicię, to mógłby mieć. Bo w razie wątpliwości Kicia przysiądzie na drabinie i przedyskutuje projekt. Zdjęcie, które to obrazuje, uparcie mnie nie słucha i choć odwracam je drugi już raz w programie graficznym, pozostaje, jak widać. Dla niedowidzących: kotka-naukowiec z wyżyn drabiny poucza Sierścia, który po powrocie prawie już przywdział strój do roboty i Pana Majstra. ![]() Dalej szybkie pstryki w drodze do biblioteki. Ktoś Madzię kocha, ale bardziej nienawidzi. To tak, jak ja. ![]() Jest też potentat branży spożywczej, dla którego widocznie alhohole, to nie używki. Ciekawe, co można kupić w tym sklepie? ![]() Ani używki, ani napoje! Dalej, po lewej ręce – cudów więcej. Przydrożny krzyż upamiętniający widocznie śmierć dziewczynki, która urodziła się nawet później niż Krzysiu. Trochę niesamowite w hmm... środku miasta. ![]() Dobra, nareszcie kochana Praga. Nie da się schować aparatu. Bo co krok wyskakuje coś ciekawego. Jak to. Ascetyczny i tajemniczy mural. Piękny, nie? ![]() Jacyś kosmici na opuszczonej kamienicy przy Łomżyńskiej. Czy tam Łochowskiej. Powinnam już wiedzieć. ![]() O tak. Praga jest, jak na razie, menelska i artystyczna. Gdzie mogłabym czuć się lepiej? Praga ucywilizowana dziś, już nie bandycka, raczej łobuzerska. Chociaż gdzieniegdzie pozostały wspomnienia – może widać niżej na marnym zdjęciu, że kraty przy balkonach sięgają trzeciego piętra. Bywa, że o wiele wyżej. ![]() Kocham tę Praszkę za takie odkrycia. Jakaś tam wrastająca w ziemię kamieniczka... i bęc. ![]() Ale o co chodzi? ![]() Nic wielkiego, idziesz, jest, patrzysz, mijasz. A to pewnie jakaś nowa, dzika bogini Pragi. ![]() Na której wszyscy wszystkich wszystkim karmią. Po drugiej stronie w tym samym parterowym mieszkaniu jest dziura dla domowych kotów, przez którą te mogą sobie wyjść z domu na zewnątrz. Czyżby żywiły się wróbelkami? By mnie to nie zdziwiło. Nie tu, na cudnej warszawskiej wiosce. Bardziej mnie niepokoją takie szczegóły: ![]() Co to jest? To coś przed księgarnią? Co to było? ![]() Bo tak idziesz, mijasz i nie wiesz, nie? Ale coś musiało być. I omal nie przykrył tego któryś tam generalny remont. O generalnym remoncie to ja coś wiem. Tu szybka kosmetyka przybrudzonej ściany. ![]() Nawet za pędzle chwyciłam, taka ze mnie radosna malarka. mama-mia 2012-01-26 00:16:56 skomentuj (0) świątynie radości i...
To teraz słówko o książce, którą wczoraj, pozostając w boleściach i na dobrowolnej banicji z krainy komputerów najpierw sobie wypożyczyłam, a potem, tak od szesnastej do wieczora przeczytałam. Barbary Trapido „Świątynie radości” w bardzo zręcznym tłumaczeniu Pawła Witkowskiego. Zręcznym na oko, bo nie miałam w rękach oryginału, ale fajnie po polsku. mama-mia 2012-01-25 22:40:11 skomentuj (2) no i dupa
Pierwszy kryzys w mojej „wielkiej” wojnie z papierosami. I niestety nie tylko mojej. Gdy Sierść zapuka do nieba bram, święty Piotr powie mu: „Nie ma co, stary. Masz tu moją posadkę”. Szczegóły pominę, dość powiedzieć, że niepalenie poważnie szkodzi mi i osobom w moim otoczeniu, jest przyczyną rozterek serca i bynajmniej nie uzależnia. Mój lekarz lub farmaceuta, chcąc pomóc, mogą najwyżej skoczyć po fajki, gdy będę dzwonić pod nr telefonu 0801108108. A ja, dzwoniąc tam, wyrażę ubolewanie, że tak się chłopaki ślamazarzą i zapytam, czy aby rozmówca nie mógłby ich wyręczyć. Bo mam ostatniego. O tak, to beznadziejne. mama-mia 2012-01-25 21:56:19 skomentuj (0) koniec karnawału Ale za to z przytupem! Piątkowe spotkanie w naszym pionie, w ostatniej chwili i bez detali zaplanowane, przerodziło się w huczny bal! Taki z gitarami i bębnem z papierowej tuby po chipsach, z Kamykiem po latach i z Kasią, bardzo mało znajomą znajomą. Nie bez burzliwych, ale inspirujących dyskusji, nie bez Krzycha i Synka, prowodyrów tego uroczego mityngu. Ze wszystkim tym, co tak pięknie przeciągnąć do... ups... ósmej rano. ![]() A potem była kosmiczna sobota z Krzysiem i Sierściem. Strumień rzeczywistości zabulgotał i splunął, wyrzucił naszą trójkę gdzieś pod palmami w donicach. Jaki kraj, takie Las Vegas, nie? Parano. I "Marzyciele" Bertolucciego, choć bez podtekstów. I (książkowe) "Pokolenie X". Ale najbardziej my sami, nagle nie sami. Nieindywidualnie. Jak syjamskie trojaczki zamknięte w bańce-kolorowance, wśród niekończących się śmiechów. Z przyjemnostek kulturalnych – film "Diabły, diabły" Doroty Kędzierzawskiej z 1991 r., który obejrzeliśmy na tej fali dezercji z realu, leżąc we trójkę w łożu i kontemplując znakomite zdjęcia, wymowność gestów. Ten film to genialne studium mowy ciała, a zarazem piękny zbiorowy portret Romów. Zresztą naszych, głównie Siwaków i Szomów. Nieprofesjonalnych, a znakomitych aktorów, którzy w dodatku potrafią wspaniale śpiewać. Dobrze, że było tak fajnie, bo znowu bym chciała odjechać z Cyganami. A! Krzysiek zakochał się w Justynie Cichy, aktorce, której jednak zupełnie nie mogliśmy namierzyć, od niechcenia grzebiąc w bebechach netu. Poza tym jedliśmy barszcz ukraiński w barze Pelargonia. I nie mogło być lepiej. Następnego dnia, gdy już się uporałam z obowiązkami, spotkałam się z Niką w Iluzjonie i, nieco zdumione, obejrzałyśmy "Opatrzność" Alaina Resnaisa z 1977 r. Sądziłyśmy, że idziemy na "Spacerując w wiosennym deszczu", ale to wyświetlono dzień wcześniej. Nie szkodzi. Było intrygująco, a potem przyjemnie, kiedy wpadłyśmy na troszkę do Planu B. A obejrzany film był dziwniejszy nawet niż "Latający Czestmir". Z przyjemnością o nim pomyślę, gdy mi się trochę przejaśni w głowie. Na razie z wysiłkiem wklepuję kolejne literki, bo jednocześnie boksuję się z myślą, że czegoś tu brak. A brak... papierosa. Nie palę już trzeci dzień, zaczęłam nawet stawiać czoła dotychczasowym rytuałom. Muszę. Jeżeli nie stawię, będę musiała rzucić również komputer, tak bardzo mi się jedno z drugim kojarzy. Głupio się przyzwyczaiłam. Jeszcze tylko zanotuję szybciutko, że byłyśmy dziś z Anią na śniadaniu u Madzi, która wygląda tak ładnie, jak zawsze, a do tego ma fajną piłkę w miejscu brzucha. A w środku jest Madzi córka. Tęsknię za dziećmi, mam 0,00 na koncie i nienawidzę remontu. Jest wszędzie. ![]() ![]() ![]() Dobranoc. mama-mia 2012-01-23 14:22:45 skomentuj (2) ostatnia prosta Ostatnia prosta, potem zaczynam wielkie sprzątanie i to nie tylko w tych sześciu pomieszczeniach, które mam do odgruzowania (tym razem dosłownie odgruzowania). Też w głowie, bo idzie wiosna, a ja nie chcę się ocknąć poszatkowana, zmielona i wywrócona na lewą stronę. Sny powoli wracają i może znów zrobi się kolorowo. Tej nocy śniło mi się dużo i dynamicznie, ale zanim przyniosłam zielony zeszyt, w którym staram się spod półprzymknietych oczu notować przygody w tym drugim świecie, został marny strzęp. Muszę przywrócić miejsce dla tego zeszytu, gdzieś w zasięgu ręki . - - - Śniło mi się, że szłam po buty do szewca, mijając ładne kamienice nieznanego mi na jawie miasta. Zakład był zamknięty, ale jakoś tam weszłam i po chwili rozmawiałam z panem majstrem – starszym, prawie łysym mężczyzną w granatowym fartuchu i niemodnych okularach. Takim panem, którego zapamiętałam z rodzinnych stron i który pewnie już zawsze będzie moją prywatną ikoną szewca. Majster tłumaczył mi, że w czwartki zamknięte, bo... nie pamiętam, jak to ujął. Ale chodziło o to, że w czwartki robią buty, więc nie otwierają dla publiczności. Wydawało mi się to najzupełniej zrozumiałe, podobnie jak wygląd zakładu, który był tak naprawdę dużym pokojem bez okien, z okrągłym stołem zawalonym różnymi rzeczami i tonącymi w półmroku ścianami. Chyba stały przy nich szafki z półkami pełnymi narozmaitszych, na oko nie związanych żadnym kluczem drobiazgów. Trochę jak w dużym pokoju u nas. Ani na stole, ani na półkach nie było chyba ani jednej pary butów, a w powietrzu nie unosił się zapach kleju. Ktoś jeszcze był w tym zakładzie, ale w drugim pokoju. Cieszyłam się, że pan szewc mnie wpuścił, podałam nazwisko. A on wyjął skądś wielką listę z nazwiskami i zaczął szukać mojego. Przy każdym nazwisku do karty był przytwierdzony srebrny lub złoty klucz, taki normalny, niewielki - jak do mieszkania. Zdaje się, że po dopełnieniu formalności wyszłam z zakładu z białą foliówką (pewnie były w niej buty, ale nie zaglądałam) i dziarsko ruszyłam przed siebie. Zerknęłam na jakiś zegar - już nie wiem, czy to był mój zegarek, czy jakiś uliczny, w każdym razie był biały, z rzymskimi cyframi w czterech kluczowych miejscach i miał nieco nieregularny kształt (jakkolwiek daleko mu było do spływających zegarów z obrazów pewnego przereklamowanego malarza). Zerknęłam i przeraziłam się, bo była za trzy-cztery dziewiąta, a to znaczyło, że spóźnię się do szkoły. "Mogłam od razu wziąć ze sobą tornister!" ubolewałam, boksując się jednocześnie z myślą, że będę chyba musiała wrócić do szewca po zwolnienie. W wyobraźni widziałam siebie już w szkole, jak pożyczam kartkę i długopis (od Ewy, nie widzianej od lat koleżanki z podstawówki, która w tym śnie była dorosła) i chyba uznałam, że to byłoby obciachowe. W końcu ruszyłam do domu po tornister inną trasą, chyba w nadziei, że tak będzie szybciej. Po drodze, która wiodła pod górkę, mijałam porozrzucane, wsiąkające w trawę książki. Obejrzałam je, ale mnie nie zainteresowały. Jakieś młodzieżowe, na miarę komiksów o siostrzeńcach kaczora Donalda. Nie było sensu ratować. Na górce pod blokiem (prostopadłościan, taki jedenasto-, może trzynastopiętrowy) zobaczyłam cały światek zrobiony z lego i innych chłopięcych zabawek, jakichś transformersów w stanie totalnej wojny. Dotknęłam czegoś, a wtedy z wysokiego piętra bloku odezwał się ostrzegawczo jakiś dzieciak, widocznie właściciel i twórca konstrukcji. - Już się po-ba-wić nie można? - krzyknęłam do niego ni to oburzona, ni to rozbawiona. - - - Duży pokój, kluczyki do mieszkań, zdeptane książki to może symbole remontu, w którym tkwię. Pośpiech i lekki niepokój, że nie zdążę - zupełnie proste w interpretacji, bo rzeczywiście mogę nie zdążyć (z pracą i sprzątaniem, zanim dzieci będą musiały pójść do szkoły). Nawet senną akcję z butami da się bez trudu wytłumaczyć - nic, ale to nic nie jest teraz na swoim miejscu i trudno mi się ubrać jak człowiek, kiedy wychodzę do sklepiku. Tak, żeby kogoś nie przestraszyć. Potrzeba zabawy, choćby nie całkiem "legalnej", też jest w tym wszystkim oczywista. Ogólnie banały. Tym bardziej urzeka mnie to, w jaki sposób mózg przetwarza sytuacje, w których tkwimy - nawet tak zwykłe i niby niegodne uwagi. Serio, serio, temat nigdy nie przestanie mnie fascynować. I myśl, że może to wszystko się jednak dzieje naprawdę, gdzieś tam. Tak, jak naprawdę rzeczy dzieją się tu... Super :)!... - - - No dobrze, do roboty, roboty. mama-mia 2012-01-20 09:46:34 skomentuj (2) Powrót do Garden State Oglądany wczoraj od połowy, ale i tak z szerokim uśmiechem. Jeszcze większym, kiedy po wszystkim przeczytałam, że scenariusz, reżyseria i główna rola to dzieło jednego chłopaka (Zach Braff), jego bezpretensjonalny reżyserski debiut, który nakręcono w 24 dni (w 2004 r.). W opisie jest wprawdzie hasło "komedia romantyczna" i tak, całują się w finałowej scenie, ale poza tym to perełka przywodząca na myśl "Pokolenie X". Ta scena, kiedy bohaterowie stoją na koparce, wrzeszczą! I ta choinka, i pogrzeb chomika... naprawdę polecam. mama-mia 2012-01-20 09:16:39 skomentuj (3) sobie mogę? Może i mogę. Mogę spróbować. Noworocznie postanowić, że zrywam z tą psią robotą. I wolę już rzucić palenie i inne radosne zbytki niż zarabiać na nie w budzącym zgrozę pocie czoła, tak godzinami. W końcu da się żyć bez: czerwonego wina (no, to jeszcze do dyskusji), dziesiątków nowych książek (do przeczytania chyłkiem w tramwaju, bo niby kiedy), zamaszystych kreacji z lumpeksu (których jakoś nie przywdziewam do pracy), nowych pereł mojej kolekcji dziwacznych zabawek (kiedyś zaprezentuję), mozarelli z pomidorami (dziewięć dziewięćdziesiąt za kilo w naszym sklepiku, aaa!!!) i wszystkich tych rzeczy, które pewnie da się zastąpić czymś innym. Nie żeby to były jedyne wydatki, na które zarabiam. Ale może bez tych konkretnych dałoby się pracować, sama nie wiem. Jakoś mniej albo inaczej. Bo wymienione fanaberie à la Paris Hilton (co to raz ponoć zapragnęła własnej drużyny piłkarskiej) pewnie można sobie odpuścić. Tak, jak już wcześniej odpuściłam sobie wypasiony abonament telefoniczny (na rzecz o wiele tańszej karty), wszelki spontan podczas zakupów w supermarkecie (nie licząc wina i mozarelli) i inne głupoty, których potrafi uzbierać się miarka. Oto to, co naprędce przychodzi mi do głowy w zamian uprzednio wyszczególnionych atrakcji do kasacji: maniakalne dbanie o zdrowie i urodę (ponoć też może uzależniać, więc może dałabym radę), czytanie książek już posiadanych (do osiemdziesiątki powinno wystarczyć woluminów), noszenie już wcześniej kupionych fikuśnych kreacji (dla odmiany), prezentowanie innym dotychczas zgromadzonych pereł kolekcji dziwacznych zabawek (i jej pomniejszych perełek), własnoręczne pichcenie (pewnie możliwe za grosik, tylko czy TO może kręcić?) i wiele innych kryzysowych rozwiązań. Przyznacie sami, że ślęczenie nad tekstem (dzisiaj nie swoim, do korekty i redakcji, jutro znów) przez dwanaście godzin z okładem, to jakieś szaleństwo. A że czas nie pozwala inaczej (bo ten czas to ostatnio wyjątkowo psi pieniądz), może warto rzucić to wszystko w diabły i na ten przykład nauczyć się gładź kłaść i gładzić? Myśl siać oraz sadzić? Się dać i dać wsadzić? Inne pomysły? Poważnie pytam, a w zamian za dobry patent oferuję paczkę fajek, butelkę czerwonego, jedną z cygańskich sukien, jedną z lal o dwóch twarzach lub czterech nogach bądź talerz okraszonej pomidorami mozarelli. Do wyboru. Niekuszące? No może. To może w poczuciu misji utopię w rzece po jednym z wymienionych artefaktów i zacznę nowe życie, na które na razie jeszcze nie mam pomysłu. Albo mam wiele, tylko nieprzystających do moich upodobań i przyzwyczajeń. Co robić? Może skręcać długopisy lub wróżyć z ręki za esemesa? Bo długo tak, jak robię, nie pociągnę. Nie żebym mogła tak całkiem pozbyć się pisaniny. Ale może jednak Tata ma racje, że pasji nie warto przekuwać na pracę. Trudny temat. Mam nad czym myśleć. mama-mia 2012-01-18 22:34:52 skomentuj (3) luz blues
...na miarę spontanu przy sobocie po robocie. Dobra, oto co robimy, gdy nie ma dzieci w domu i jesteśmy niegrzeczni. W szampańskich humorach (ale bez kpiny) słuchamy i analizujemy, z tekstem na podorędziu, "Mazurek Dąbrowskiego". Znacie? mama-mia 2012-01-17 23:27:48 skomentuj (5) tu, trochę dalej i tam Odgrażałam się, że skoro tylko wyekwipuję dzieci na drogę, nie wstaję od komputera. Ale nie myślałam, że aż tak będzie naprawdę. A prawie nie wstaję. I jem kebab na telefon. Właśnie powiedziałam sobie dość, bo tkwię tu od ósmej. Jest przyjemnie, ale bez przesady. Próbuję zarobić cokolwiek na zapas, bo pewnie znów minie trochę czasu, nim znajdę nowe zlecenie na pisaninę, tłumaczenia albo korektę. Nie jest lekko ostatnio, portale pracowe oferują mi głównie tęczowo retuszowane, ale jednak urągające prawom człowieka praktyki studenckie lub absolwenckie. Przy czym, wiadomo, absolwentem jest się do końca życia i w takim razie nie szkodzi pracować w zamian za doświadczenie i dla adnotacji w siwiku. Albo oferują roboty od rana do środka nocy, których nie mogę się podjąć na stałe. Branża wydawnicza i jej turbulencje. Spoko, niech odrastają lasy. I niech – strzał w stopę – odejdzie w niepamięć wymóg przerabiania nie tak znów starych, porządnych książek na paszę dla pseudoambitnych, którym się nie chce czytać. A kupują. "Książki". Bo luz. Nie narzekam i wierzę, że coś się znajdzie, a jak nie to – wymyślę. Coś całkiem innego. Nawet lepiej by było, bo świat ograniczony do prostokąta naprzeciw, pomimo całej swej magii i różnorodności, powoli wychodzi mi bokiem. A przerabianie cudowności na gumę do żucia, pomimo wszelkich własnych korzyści (czytam pożółkłe tomiszcza, zanim przetworzę je na superlajty zgodnie z warunkami zamówienia) coraz mocniej irytuje. Trudno wprost wytłumaczyć, jak ucieszyła mnie propozycja Sierścia, bym sobie machnęła łomem na korytarzu. Kawałek dalej, tylko za drzwiami, a jaka odmiana! Sruuu!!! ![]() Przywaliłam, widząc już w wyobraźni, jak mroczny loch zaprojektowany w modnej onegdaj konwencji leśniczówki na końcu świata przeistacza się w jasną sień, do której nie strach wejść. I jest miejsce, a nie ma lamp naftowych przerobionych na elektryczne. Tu ważna uwaga. Krytyka i dewastacja leśniczówki obowiązują tylko jako przejawy moich i Sierścia wnętrzarskich gustów. Które wbrew pozorom istnieją, tylko na razie nie miały zbyt wiele okazji, by dojść do głosu. Bo poza tym nie sposób się czepiać: wszystko solidne od dziesięcioleci, zaświadczające, że można też własnym sumptem. Tak, jak to kiedyś bywało: tata walczy z boazerią, a mama szyje spodenki z wykoju. Piękne. I eko. Mając niejaki wpływ, przekonałam, że i my damy radę bez tak zwanej ekipy. I dajemy. Dobra, może nie zamieniłam klawiatury na maszynę do szycia, ale gdy chłopcy zrobią to, co tak dobrze im idzie, będę pucować podłogi. I powierzchnie poziome, i cały ten asortyment upierdliwych drobiazgów. Już teraz pokryty warstwą minerałów, której zdejmowania nie powstydziłby się zaciekły archeolog. Biało i szorstko, szorstko i wszędzie. We włosach i w ustach. Dobrze, że nie ma dzieci. Miałyby białe, białe włosy. Dzieci są zajęte. ![]() Szaleją w miejscach, które kojarzą mi się na, nie wiem, pewnie setki sposobów. ![]() Fajne to zdjęcie od Mamy i Taty. Jest na nim Przejęty Królik, Ostry Kolec i Nie Do Końca Przekonany Olo. Wolę, unieruchomiona przed tym ekranem, nie myśleć, jak bym ich przytuliła po tych – ilu już, trzech? – dniach rozstania. Przez małe r, ale jednak. Jakoś pusto. I jak by mnie kusiło, by zdradzić się z informacją, że coś mi za cicho, kiedy jedno przez drugie nie biją w tarabany, drąc się jednocześnie i co pięć minut zgłaszając pretensje, które, jak sądzą widocznie, powinnam ze spokojem rozpatrzeć i wyeliminować. Całkiem, jakby nie tłumaczyła na każdym kroku, że nie jestem święta. mama-mia 2012-01-17 21:58:49 skomentuj (1) cicho i kryształowo Cicho, kryształowo i dobrze. Z Hedningarną, jak starą przyjaciółką, wędruję pośród skandynawskich bóstw i potworów. ![]() Taki miły akcent na koniec mojej najnowszej pracy, która się kończy za cztery dni. Potem nie wiem co, jeszcze nie wymyśliłam. Ale może odpocznę i zrobię kolażowe portrety Lokiemu i Sleipnirowi. I innym. Bo to czarodzieje są. ![]() Tęsknię za dziećmi i żałuję, że śnieg, na który tak czekały, spadł właśnie w dniu ich wyjazdu. A tam, gdzie są, nie ma na razie ani grama. Mimo to, nie płaczę. Wiem, że im dobrze, a ja mam co robić. I lubię to, czym się zajmuję. mama-mia 2012-01-16 09:35:14 skomentuj (3) rumieńcem płonę Rumieńcem płonę, jako ta marna prząśniczka. Bo korzystając z przerwy, na którą sama sobie pochopnie pozwoliłam, postanowiłam zajrzeć do skrzynki pocztowej. A tę mam na obciachowym już od długiego czasu portalu o2. Sama skrzynka jest dobra, bo bardzo pojemna – od lat kasuję tylko spam i mogę przyjmować naprawdę ciężkie maile. Kłopot w tym, że zanim się zaloguję, dopada mnie szczekacz, co wie, jak zareklamować freak show. A ja, jako to dziewczę płoche, kupuję bilet i wchodzę. I się emocjonuję. Zamiast poczytać o tym, co z Syrią albo poszukać darmowych kursów, po których mogłabym nad poziomy wylecieć. Śmieszne. Dobra, każdy czyta stronkę, która ma w nazwie brzydkiego pieska w czułym zdrobnionku – mogę sobie tłumaczyć. Ale że zaangażowałam się w temat rodziny, co robi największego loda w RP? I jednocześnie promuje stylistyczną konwencję pornola dla niewybrednych? O tempora! Kto czytał, wie, że pomstuję na styl matki i córek brakującego na zdjęciach Kopciuszka. I na opinię naszego ministra mody, który waży się ich stylizacje oceniać pochlebnie. Zaświadczając, że nie to ładne, co ładne, tylko to, co zamożne, a przez to mocarne. I lepiej się przypodobać. Zbyt oględnie? No może. I po nic. Jednak notuję ku pamięci. Że poruszyły mnie oblicza współczesnej arystokracji, jej niekłamany wdzięk, szyk, charm, styl. I chyba przestanę się czepiać Kali, że zapomina zapiąć troczki płaszczyka i w rezultacie wygląda – jak jej powtarzam – niechlujnie. Już lepiej tak. Niż tak, jak – kto widział, ten wie. Ło Jezu. - - - - - Po namyśle: dziwię się własnej reakcji. I trochę mi głupio. A trochę nie, choć nie potrafię uchwycić dlaczego dokładnie nie. Bo przecież kibicowałabym dziewczynom, gdybyśmy żyły pod czadorem. Bo niby wolałabym, żeby w tak nieszkodliwych sprawach jak look wszystko było wolno i z przyjemnością woziłabym się tramwajami obleczona w cygańską suknię albo przynajmniej piracki kapelusz. Ale jednak. Kody ubioru. Myślę, że fajnie nimi żonglować, ale niefajnie niewolniczo kopiować. Fajnie za ich pomocą przemycać informacje o swoich pasjach i zainteresowaniach. A niekoniecznie – metodą lansu z pobocza drogi – epatować cynicznie zaprojektowanym, instrumentalnym seksapilem. Dla jednych wow, dla innych shock, ale wszyscy będą mówić. I wpadnie grosik. I jeszcze, i jeszcze jeszcze jeden. Nie lubię. Tak właśnie, jak nie lubię Madonny i Dody. Zadania bez treści. mama-mia 2012-01-14 21:07:02 skomentuj (3) wiosenne porządki
Wyjechaali na wakacje… a ja robię wiosenne porządki. I inne rzeczy, których dziesięć lat temu bym się po sobie nie spodziewała. Bym się wręcz obraziła za taką prognozę! Gdyby ktoś wówczas mruczał znad szklanej kuli, że mogąc robić właściwie wszystko, na co mi przyjdzie ochota, wybiorę: pracę zleconą (za grosik), remanent w szpargałach i remont korytarza! Będąc w pełni władz umysłowych. Mając czas i całe siedem dych przy duszy. Kilkoro przyjaciół. Pasje.
Jest nagle tak cicho, że słyszę, jak szepczą książki z regału – spanikowane, bo część z nich wyleci, żeby zrobić miejsce na nowe. Nawet ich nie oszczędzę. Kątek po kątku przedzieram się przez cały ten niepotrzebny bagaż i czuję się tak, jakbym prasowała myśli. Przed nową wielką fetą, no przecież. A tam – niech pada i wsiąka, niech sobie jest szaro, szarzej, najszarzej. Jeszcze trochę bardziej szaro. I jeszcze, trafmy do księgi Guinnessa! Nie mam na to czasu. mama-mia 2012-01-14 17:22:44 skomentuj (2) ole ole parabole Jakiś czas temu Olo opowiedział mi o swoim koledze. Kolega ma starszego brata, który objaśnia mu różne pojęcia. Podobno chłopiec – wzorem niedościgłego starszaka – usiłował wyłuszczyć Olemu czym są parabole. Ten ostatni jednak nic nie zrozumiał i zaczął śpiewać: „Parabole tańczą, tańczą – tańczą – tańczą”. Doprowadził tym chłopca do łez, którym nie mógł się nadziwić. Już parę razy rozmawialiśmy na ten temat, bo chciałam się przekonać, czy aby na pewno nie dogryzał mądrali. W końcu mu uwierzyłam, że naprawdę nie. Tylko śpiewał wesoło, i trochę tańczył. Tańczył – tańczył – tańczył. Dopiero dzisiaj poznałam inspiracje synalka... Nie żebym była tropicielką każdej głupotki, z którą wyskakują moi przyjaciele. Nie serfowałam. Samowolnie wyklikał mi temat właśnie wtedy, kiedy trzeba było rano pilnie przywdziewać palta. I zzuwać kapcie. Już wdział, i zzuł. Czekał na siostry. A wcześniej włączył komputer, bo grał w majnekrafta. Przez niego nuciłam "Parabole" przez cały tramwaj – nasz codzienny rozdzialik bez, ponoć, pretensji do miana freak show. mama-mia 2012-01-13 08:36:14 skomentuj (1) słodko i pastelowo
Skąd im się to wzięło? Ja tak nie mam. O, zupełnie nie! Raz w podstawówce nieopatrznie wygrałam klasowy etap konkursu recytatorskiego. I kiedy podczas następnej tury przyszło mi wyjść na scenę dużej sali koncertowej, była tylko bomba świateł. W żołądek, w błędnik i z tyłu kolan. Nawet nie wiem, czy w końcu powiedziałam tego „Spóźnionego słowika”, czy wpadłam do orkiestronu. Czy co. Nic nie pamiętam. Akcje typu „Zaśpiewaj piosenkę, goście są” też pewnie przemkną mi kiedyś przez głowę wraz z najbardziej wstrząsającymi zdarzeniami całego życia.
Ale wątpię, bym bardziej niż takim koncertem mogła się przejąć czymkolwiek z jego przereklamowanej bajki. Choćby dziesięciu prezesów po dziesięciokroć przewlokło mnie przez dziewięć dywaników. W ogóle pikuś. Na szczęście na końcu prawie każdego wstrząsu na mojej planecie jest satysfakcja o porównywalnej sile rażenia. Teraz tak było. Joł, joł!
Hej, to do stołu! Uczta! mama-mia 2012-01-12 19:33:55 skomentuj (2) małymi kroczkami Może tu wracam. Małymi kroczkami. I trochę z ogólnego niebytu. O sobie samej mniej chętnie, bo styczeń i luty to dla mnie – i tak dalej, i tak dalej. Myśli, patyczki, robaczki... Ale chętnie o tym, że piątoklasista Olwir zauroczył mnie wczoraj, samodzielnie wracając do domu z... twarzą usianą piegami, które narysował kredką do oczu. Bo w szkole tuż przed feriami wiele się dzieje. A w tramwaju go, widać, nie obchodziło. Dziś był bal dla maluchów i dyskoteka dla starszych dzieci. Z dyskotekami, w których uczestniczył jak dotąd po dwakroć, Olejro był mocno na bakier, odkąd w czasie tej pierwszej żadna dziewczyna nie zgodziła się z nim zatańczyć. Bo za niski. Chłopię jest już internetowe, więc nie mogę zdradzać zbyt wielu szczegółów. Poza tym wyszłam z wprawy i mocno się, hm, wymiksowałam. Wystarczy powiedzieć, że z tymi Ola dyskotekami wiązało się mnóstwo emocji. Jego, moich. I nagle bęc. Stanęłam w drzwiach zaciemnionej sali z fruwającymi serpentynami i kiedy postałam trochę, podeszła do mnie dziecina-chłopczyna w podartych dżinsach (kiszonych w tornistrze do czasu dyski) i... papierowej złotej koronie na głowe. Znalazł po balu "dzieciaków" i włożył dla picu. Uznał widocznie, że korona mu z głowy nie spadnie. Wyglądał wstrząsająco. I po raz pierwszy chciał zostać. A najfajniejsze, że po wszystkim, gdy już prócz niego zgarnęłam ze szkoły Smutnego Pajacyka i Wielką Damę – drugoklasistki o łobuzerskim spojrzeniu – włożył koronę na czapkę i tak, z absolutną powagą, przemierzał z nami miasto w drodze do domu. Ciekawe, że nikt nawet nie skomentował, ani się nie gapił, tak ta przekrzywiona korona była na miejscu. Jutro szkolny koncert. Królik zaśpiewa "Meluzynę", a Cziwar Alak – na własne uporczywe życzenie – "Mniej niż zero". Pierwsza paniusia w mojej wieczorowej sukni podpiętej broszką, a druga w różowej kiecce z czarnymi cekinami (od koleżanki, która wyrosła), glanach (kupionych wprawdzie na rajd harcerski, z różowymi sznurówami) i peruce-irokezie (znalezionej pod choinką). Słowem czadu. Kiedy o tym wszystkim myślę, wydaje mi się, że jakoś to będzie. mama-mia 2012-01-11 22:24:09 skomentuj (2) Gówno
Cóż, że bez róż
Tu, wierz lub nie mama-mia 2011-11-18 23:59:37 skomentuj (6) |
|